Jezus.


Dusza, Felietony DUSZA / poniedziałek, Kwiecień 8th, 2019

Trochę czasu minęło odkąd o Nim pisałam. Trochę czasu upłynęło kiedy ostatnio pisałam o modlitwie, chrześcijaństwie, Bogu i głębokiej osobistej duchowości. Muszę jednak przyznać, że na przestrzeni ostatnich miesięcy, czy nawet roku, w perspektywie wielu zmian i prób innych obszarów życia – niekoniecznie związanych z chrześcijaństwem – coś ciągnie mnie do korzeni. Innymi słowy, stęskniłam się za Jezusem i dlatego postanowiłam o Nim napisać.

Będąc dziś w Kościele dużo o Nim rozmyślałam – zresztą tak jak przez ostatnie 3 tygodnie. Obecnie przebywam w nowym miejscu, z zupełnie nowymi ludźmi, robiąc rzeczy, których do tej pory nie robiłam. Zupełnie nowe otoczenie, nowa energia, nowe twarze, historie, inna Ja… a jednak coś w sercu takie samo. Wyjeżdżając wzięłam ze sobą wydrukowane zdjęcie na kartce a4 przedstawiające portret Jezusa z filmu „Niebo istnieje naprawdę”(ten kto nie oglądał – serdecznie polecam;). Ta forma przedstawienia Jezusa była mi zawsze szczególnie bliska – tam Jezus wydaje mi się być bardziej „ludzki”, prawdziwy, osiągalny. Wydaje się być dla mnie przyjacielem, który stoi obok mnie, przytula i łapie za rękę. Prowadzi, chroni, powoduje, że kiedy trzeba to mam serce z kamienia, a innym razem miękkie jak gąbka. Dzięki Niemu wracam do swojego wewnętrznego domu, którego dawno nie miałam okazji odwiedzić.

Kiedy weszłam do swojego nowego pokoju na najbliższe tygodnie chciałam znaleźć miejsce na mój portret. W sumie nie wiem dlaczego mi na tym zależało, bo z Jezusem dawno nie gadałam. Znaczy wiedziałam, że był, wiara mnie nie opuściła, ale nie miałam okazji, aby się z Nim „połączyć”. W każdym razie – znalazłam miejsce i przyczepiłam go do szyby na oknie. Był i wciąż jest nad moją głową kiedy śpię. Każdego dnia zerkam na Niego ukradkiem lub patrzę mu głęboko w oczy.

Na zewnątrz domu, w którym mieszkam mamy zamontowany worek bokserski. Po tej samej stronie, gdzie znajduje się mój pokój. Pewnego wieczoru, kiedy worek stał się sposobem na wyrażenie moich emocji Jspojrzałam na pierwsze piętro… na moje okno. Zgadnijcie kto mnie obserwował i się do mnie uśmiechał? Kto stał na straży? Kto mnie pilnował? To była fajna chwila. I teraz, za każdym razem kiedy robię trening, zawsze patrzę na swoje okno.

Od początku mojej „podróży duchowej” Jezus był ze mną. Postać SZCZEGÓLNIE MI BLISKA… ostatnio zapomniana? Hmm… chyba jednak nie nazwę tego w ten sposób. To był pewien etap i podejrzewam, że takich jeszcze wiele przede mną. Wiem, że Jezus jest moim wewnętrznym domem i pomaga mi wydobyć to co ze mnie najlepsze w najtrudniejszych dla mnie momentach. Kiedy brak mi pokory, pojawia się pokora, kiedy się boję, dostaję sił (nie zawsze oczywiście :P), kiedy chcę wybaczyć… przychodzi ukojenie. To nikt inny, a Jezus. Sam, taki prosty w swej wyjątkowości. Jego duch pozwala mi głębiej oddychać i nabrać wiary w siebie. Odezwać się do samej siebie, przemówić swoim głosem. Pomaga mi.

Jakoś wciąż jest i narazie niech tak będzie.

A Ty masz swojego Jezusa?

jezus

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *