Moje świadectwo

Poniżej przedstawiam Ci moje świadectwo, czyli historię jak to się stało, że zaczęłam wierzyć w Boga.

Kiedy Bóg dotknął mojego serca nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Nagle zmieniło się całe moje życie. Nie byłam w stanie pojąć zmian, które we mnie zachodzą. Zmieniło się wszystko: moje gusty, wartości, sposób w jaki postrzegam ludzi, zainteresowania, upodobania, radości i smutki. Pytałam sama siebie: co to jest? skąd się biorą te wszystkie „dziwne” myśli w mojej głowie? co oznaczają? czy ja zwariowałam? Dlaczego tak nagle zaczęłam interesować się sztuką? A dlaczego przestałam myśleć tylko o sobie? Dlaczego w momentach, w których nie płakałam, teraz nie mogę powstrzymać się od łez? Dlaczego nagle zaczęłam czytać książki? Wszystkie zmiany nadeszły z dnia na dzień, tym bardziej było to zastanawiające. Ciągle pytałam: „Co się ze mną dzieje?”. Coraz częściej chodziłam do Kościoła, bo czułam w sercu, że to dobry kierunek. Coraz częściej szukałam informacji o Bogu, Jezusie i Duchu Świętym. Zaczęłam czytać książki, które choć na chwilę zaspokajały moją ciekawość. Poszukiwałam ludzi, dzięki którym znajdę więcej odpowiedzi, którzy choć trochę mnie zrozumieją. To wszystko działo się niecałe dwa lata temu. Kiedy wracam myślami do tamtego czasu nadal wiele sytuacji pozostaje bez odpowiedzi. Nadal nie rozumiem wszystkiego, ale dowiedziałam się dwóch najważniejszych rzeczy: Bóg naprawdę istnieje, a to co mnie dotknęło nazywa się nawróceniem. Słowo dla niektórych ciężkie i wiążące. Poniekąd tak jest. Łaska, która została mi dana, wymaga pracy. Należy ją szanować i pielęgnować w sobie każdego dnia, być „ambasadorem Boga” na ziemi i wskazywać innym drogę. Innym, czyli takim jak ja kiedyś. Ale właśnie ta łaska, pozwoliła mi zrozumieć jaki sens ma moje życie, co znaczy kochać i prawdziwie żyć.

Byłam dziewczyną, której (wtedy tak myślałam) nic do szczęścia nie brakowało. Zdrowie, rodzina, praca, pieniądze, znajomi, uroda, drobne konflikty i rozterki. Żyłam całą sobą, korzystając z tego co przynosi mi życie, nie zastanawiając się nad głębszym sensem istnienia. Nie byłam złą osobą. Rodzice dobrze mnie wychowali. Zawsze szanowałam drugiego człowieka i starałam się w każdej sytuacji postępować zgodnie z moim wrażliwym sumieniem. Do kościółka chodziłam od czasu do czasu i tak samo traktowałam Boga. Od czasu do czasu o nim pomyślałam, ale w rezultacie nic to nie wnosiło. Nie miałam z nim żadnej relacji, a nawet wątpiłam w Jego faktyczne istnienie, a już na pewno nie rozumiałam co znaczy wiara i modlitwa. Wszystko to było mi obce do czasu. Kiedy w mojej głowie pojawiła się myśl, aby iść na pielgrzymkę z Konina – mojego rodzinnego miasta -do Częstochowy, sama nie rozumiałam tej decyzji, choć z drugiej strony czułam, że postępuję słusznie. Znajomi i rodzina nie ukrywali zdziwienia, ale byli mi wsparciem. Skąd wziął się ten pomysł? Nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić. Mogę się domyślać, że Pana Boga do działania nakłoniło wiele sytuacji mających wpływ na moje życie, jak i moja wewnętrzna deklaracja. Podczas osobistego zdarzenia, które nie było nawet małą tragedią, ale pewną smutną chwilą, buntem przeciwko światu i temu gdzie on zmierza, mocno w duszy powiedziałam w rozpaczy: „Nie chcę żyć w ten sposób, podążać za pustymi rzeczami materialnymi, przejmować się tym co zewnętrzne i mało ważne, nie chcę żyć w takiej pustce!” To było wołanie do Boga o pomoc, z czego nie zdawałam sobie zupełnie sprawy. Ta sytuacja wywarła na mnie ogromny wpływ, choć tak naprawdę dotyczyła nic nie znaczącej błahostki.

Pielgrzymka była dla mnie czymś zupełnie nowym. Nie w moim stylu. Zawsze wolałam hotel od namiotu, restauracje od ogniska i wygodę od wysiłku. Chciałam dawać, ale tylko jeśli było mi to na rękę. I nagle znalazłam się wśród ludzi, których kompletnie nie znałam, śpiewających religijne pieśni, z plecakami na grzbiecie, nieustannie pomagających sobie wzajemnie. Jeszcze dzień przed pytałam siebie: „Co ja robię?” I od razu znajdowałam odpowiedź, aby siebie uspokoić: „Najwyżej zrezygnuję w drodze. Rodzice po mnie przyjadą”. Jednak kiedy znalazłam się już na miejscu, wiedziałam, że podjęłam jedyną słuszną decyzję. Nie rozumiałam po co są pielgrzymki i jak pokonywanie 300 km na pieszo ma coś zmienić. A jednak zmieniło i to bardzo dużo. Mam wrażenie, że pokonując kolejne kroki, przybliżałam się bardzo powoli do Pana Boga, szłam w kierunku czegoś, co wtedy było dla mnie raczej przygodą, niż poważną zmianą. Dużo rozmawiałam, śpiewałam, a nawet płakałam z niewiadomych mi przyczyn. Był to jednak przyjemny płacz, jakby oczyszczanie samej siebie. Już wtedy pojawiały się we mnie nowe potrzeby, zupełnie odmienne od tych sprzed paru dni. Tutaj Pan Bóg działał ze mną bardzo gwałtownie. Ogromna chęć pomocy drugiemu człowiekowi, zupełnie bezinteresowna. Wręcz oddanie całej siebie, na potrzeby innych. Kiedy ze względów zdrowotnych nie mogłam iść pewnego odcinka, siedziałam w samochodzie z obsługą pielgrzymki. Wtedy pierwszy raz pojawiła się we mnie chęć czytania Pisma Świętego. Nie mogłam usiedzieć na miejscu, chciałam coraz bardziej chłonąć tą wiedzę, iść za tym, co czuję, a nie stać w miejscu. Czułam, że coś się ze mną dzieje, ale jeszcze wtedy nic nie rozumiałam. Jeden z momentów, który utkwił najbardziej w mojej pamięci dotyczy zdarzenia w Częstochowie: kiedy na jednej z głównych ulic miasta wszyscy tańczyliśmy i śpiewaliśmy, a wśród nas były także osoby niepełnosprawne. Miałam ochotę krzyczeć ze szczęścia. Wtedy poczułam i pomyślałam w duszy: „To jest ta prawdziwa chwila, dla której warto żyć.” To było niesamowite i nigdy tego nie zapomnę. Najbardziej zadziwiające jest to, że jeszcze 7 dni temu od tego zdarzenia nie byłabym w stanie wyobrazić sobie czegoś podobnego z moim udziałem, a już na pewno nie w takim pełnym szczęściu. To było coś co przekraczało moje wyobrażenie.

Po wielkim powrocie do warszawskiej rzeczywistości nie mogłam się odnaleźć. Nic dziwnego zważając na to, że przeszłam gruntowną zmianę swoich wartości i postrzegania wszystkiego wokół. Zaczęli mnie interesować zupełnie inni ludzie. Nie znaczy to jednak, że przestałam szanować obecne bliskie mi osoby. Moja rodzina i znajomi zaczęli powoli zauważać moją zmianę, mimo, że dużo z tego co mi się przytrafiało zachowywałam dla siebie. Zaczęłam czytać książki, co było dla mnie największym zaskoczeniem, bo nigdy tego nie lubiłam. Zaczęłam chodzić do muzeów w poszukiwaniu prawdziwej sztuki, inspiracji i odpowiedzi, gdzie zawsze było to dla mnie raczej nudne, niż interesujące. Nagle swoje urodziny chciałam świętować z dziećmi leżącymi na oddziale onkologicznymi, zamiast jak zawsze iść do klubu. Nie upłynęły dwa tygodnie, a ja stałam się wolontariuszem fundacji opiekującej się dziećmi chorymi na raka, co sprawiało mi ogromną radość. Z dnia na dzień wszystkie zmiany wydawały mi się coraz bardziej naturalne mimo, że zachodziły bardzo gwałtownie. Czułam się z nimi bardzo komfortowo, wiedziałam, że zmierzam w dobrym kierunku, choć nie wiedziałam, gdzie dokładnie. Zapisałam się, prawie od razu po powrocie, do wspólnoty. Wtedy zrozumiałam, że to, co się ze mną dzieje, jest wytłumaczalne. Nie zwariowałam. Bóg istnieje, a Jezus naprawdę umarł za nas na krzyżu. To nie jest żadna wymyślona historia przez Kościół czy księży. To się stało. Duch Święty, nie tak bardzo powoli, zmieniał moją osobowość.

Poznałam Boga 19 miesięcy temu. Przeszłam z nim już bardzo dużo, a jeszcze więcej przede mną. Nie dosyć, że dał mi ogromną łaskę, jaką jest wiara, to jeszcze obdarował mnie świętą dla mnie miłością. Troszczy się o mnie każdego dnia. Mimo, że popełniam wiele błędów na swojej drodze, On zawsze jest przy mnie. Czuję to. Nie pozostaje mi nic innego niż dzielić się tym co otrzymałam. Chcę komunikować wszystkim to, co zostało mi dane, dlatego założyłam B(l)oga, bo on jest dla Boga. Chcę otwierać ludzkie serca na to co prawdziwe i pokazywać, że Bóg to dobro, modlitwa czyni cuda, a Komunia święta to wielka siła. Jeśli wszyscy byśmy zdawali sobie sprawę z tego, że Bóg powinien być zawsze na pierwszym miejscu, jeśli każdy z nas miałby poukładane odpowiednio priorytety, to zaczęłyby się dziać cuda.

Wielokrotnie zadaję sobie pytanie: Dlaczego ja? Dlaczego to mnie dotknęło coś tak niesamowitego? Wierzę, że to modlitwy moich dwóch babć otworzyły moje serce oraz wspomniana osobista deklaracja, którą może złożyć każdy z Was. Każdy ma możliwość poznania Boga. Wystarczy tego pragnąć i chcieć całym sobą zmiany. Nie bój się. Bóg jest dobry. Zaufaj Mu.

Jeśli Wam się spodobało to podsyłajcie dalej, aby jak najwięcej ludzi mogło przeczytać to świadectwo:) Wszystkiego dobrego dla Was. Kochajmy się, kochajmy się, kochajmy się.

Wasza M.

13 Comments

  1. Marchewka

    Kwiecień 16, 2017 at 5:12 pm

    Piękne świadectwo! Ostatnio czytam wiele takich historii, kiedy Bóg tak nagle i jasno pojawia się w naszym życiu. Ratuje z opresji. Wiele osób widzi tak wiele cudów, znaków od Boga, widzą sens w pewnych ciągach zdarzeń. I tak się zastanawiam jak to jest ze mną… bo ja tez czuję się zwykłą dziewczyną, która poznała niezwykłego Boga i nadal nie może w to uwierzyć. 😉 Ale u mnie były to takie płynne zmiany, nadal są. Nie było żadnych szoków, ani głośnego wołania do Boga o pomoc. Myślę, że zmiany we mnie zachodzą tak stopniowo, powoli, poznaje Boga coraz lepiej, coraz chętniej. Już nie wyobrażam sobie dnia bez niego, ani przyszłości. Czy w życiu każdego ze swoich dzieci Bóg chce dokonać niewiarygodnych cudów? Bo ja widzę cuda, tylko takie malutkie, codzienne… a może za mało się rozglądam… 😉

    Radosnego alleluja!!!

    1. M.

      Kwiecień 16, 2017 at 11:09 pm

      Dziękuję 😌 takie historie niesamowicie motywuja, więc dziel się swoimi cudami! Ja z chęcia wysłucham o Twoim poznawaniu Boga bardzo stopniowo… piękne to 🙂 Bóg jest dobry 😌😌😊😊

  2. K

    Kwiecień 16, 2017 at 6:14 pm

    Czekałam na taki wpis. Ostatnio chciałam Cię zapytac o Twoja historie, ale jak widać nie musialam 🙂
    pozdrawiam i brawo za uzewnetrznienie się.

    1. M.

      Kwiecień 16, 2017 at 11:11 pm

      Dziękuje, że czytasz 😌😊

  3. Krol

    Kwiecień 16, 2017 at 7:29 pm

    Ciesze sie czytajac Twoje swiadectwo i smuce ze moje jest slabe ..mialkie blache..wciaz te problemy..a najwieksze z samym soba..i jesli kiedys nie mialabys pomyslu na kolejny felieton napisz prosze czemu seksualnosc a raczej walka z nia jest taka ciezka i frustrujaca czemu zamyka nas ..mezczyzn ale moze i kobiety w skorupie ..ze czasem sami siebie sie wstydzimy..mozesz napisac bardzo ogolnie,nie chodzi tutaj o szczegoly ..raczej o pomocna opinie..czasem zyjemy jak w matriksie ..zawieszeni w grzechu i wierze ze Bog jest..ale go nie widzimy w zyciu ..wierze ktora jest plytka i marna jak na tyle lat podrozy ze gubimy sie wciaz jak male dzieci we mgle..

    1. M.

      Kwiecień 16, 2017 at 11:05 pm

      Czesc K.
      Każde świadectwo wnosi coś do życia ! 🙂 Nie ma lepszego/ gorszego. Z chęcia wysłucham Twojego jeśli pozwolisz ? A co do seksualności to kiedyś na pewno powstanie i tekst o tym, bo to mnie również ciagle nurtuje. Piszesz, że „walka” z nia jest ciężka, a jakby tak przestać z nia walczyć i się z nia zaprzyjaźnić? Zaakceptować i spróbować żyć w nia w zgodzie. Nie zakładajmy walki, bo przecież to jest piękne 😊😌
      Wszystkiego dobrego K.

  4. Martyna

    Maj 10, 2017 at 1:30 am

    Bardzo ciekawy tekst, warto go udostępniać.

  5. Agnieszka

    Czerwiec 1, 2017 at 7:52 pm

    Przepiękne świadectwo, spadło mi dziś z nieba ❤

    1. M.

      Czerwiec 1, 2017 at 7:57 pm

      Dziękuje Agnieszko!!! ☺️💜 cieszę się!

  6. Bożena Bryk

    Czerwiec 12, 2017 at 1:54 pm

    Od miesiąca ustawiłam sobie Twój fanpage jako priorytet, codziennie czekam na trafne przemyślenia „podrasowane” zdjęciem, fajnie ,że jesteś dla mnie , dla innych . Oczywiście podałam dalej prywatnie link do bloga , niech dobro sie pomnaża, na chwałę Boga. Pozdrawiam serdecznie.

    1. M.

      Czerwiec 13, 2017 at 7:42 am

      Cześć Bożenko 🙂 Jest mi bardzo bardzo miło, że jestem jednym z Twoich „priorytetów”. Dziękuję Ci i tak jak powtarzam każdemu odwiedzającemu mnie czytelnikowi napiszę i Tobie: Mam nadzieję, że nigdy Cię nie zawiodę. Życzę wszystkiego dobrego i do usłyszenia:) m.

  7. Piotrek

    Sierpień 7, 2017 at 4:55 pm

    Od jakiegoś czasu zaparagnęłem iść na pielgrzymkę, ale boję się, bo nie znam nikogo w moim otoczeniu, kto by chodził i sie modlił. Obawiam się, że reakcja mojej rodziny, byłaby co najmniej niezrozumiała a może i szydercza.
    Być może poznam kogoś do przyszłego roku i nabiorę śmiałości. Niestety temat Boga w mojej rodzinie to temat tabu. Świadectwo bardzo budujące i podnoszące na duchu.
    Pozdrawiam w Panu Naszanym Jezusie Chrystusie.

    1. M.

      Sierpień 14, 2017 at 11:05 am

      Piotrek jestem z Toba duchem i pomodlę sie za Ciebie 🙂 na pewno kogoś poznasz kto Cię wesprze w tym… tam każdy jest dla każdego także nie ma co się obawiać, bo na pierwszym odcinku już będziesz miał brata u boku 🙂

Leave a Reply