(Nie)PEŁNOsprawni


Dusza, Felietony DUSZA / piątek, Luty 24th, 2017

Tak bardzo im współczujemy. Tak bardzo się za nich modlimy. Mówimy, że serca nam pękają jak patrzymy na ich cierpienie. Unikamy kontaktu wzrokowego, by uniknąć niezręcznej sytuacji. Nie chcemy ich poznać, bo nie wiemy jak z nimi rozmawiać. Albo chcemy, ale się boimy. Po prostu jesteśmy wzruszeni na ich widok. Bo przecież oni cierpią. Oni nie wiedzą co to prawdziwe życie. Tyle ich omija. Jaka szkoda, że nie pójdą do pracy, nie założą rodziny, nie poprowadzą samochodu, nie będą niezależni. Jaka szkoda, że są niepełnosprawni.

Ale czy na pewno?

Im częściej spotykam ich na swojej drodze mam wrażenie, że jest zupełnie odwrotnie. To oni współczują nam. To oni się za nas modlą. To im serca pękają. Oni chcą nam spojrzeć w oczy, poznać i porozmawiać. Oni się nie boją. Są wzruszeni na nasz widok, bo tak bardzo nie rozumiemy. To oni wiedzą, co to prawdziwe życie. Tyle nas omija. To oni są niezależni, a my zależni od wszystkiego i od wszystkich wokół. Jaka szkoda, że jesteśmy niepełnosprawni.

Za nich nie trzeba się modlić. Oni są już w niebie. Oni poznali prawdziwą miłość i wiedzą co znaczy naprawdę wierzyć. Ich szczere uśmiechy to największe dowody na istnienie Boga. To życie Jego w nich. Jeśli chcesz zaznać prawdziwej miłości, poznaj niepełnosprawnego, a zobaczysz, że Twoje życie się zmieni. Bo tam nie ma nieprawdy. Nie ma żadnego fałszu. Jest tylko rzeczywistość. Nigdy nie zapomnę swojego pierwszego bliższego kontaktu z osobami niepełnosprawnymi. Tłumy ludzi na jednej z głównych ulic Częstochowy. Oni wszyscy w kółku tańczą i śpiewają. Niektórzy na wózkach, a inni o własnych siłach. I pomiędzy nimi MY – (nie)pełnosprawni. Wtedy to oni dodawali nam siły i pokazywali co znaczy cieszyć się z niczego konkretnego, z tej danej chwili. Byście widzieli ich oczy! A te uśmiechy! Nie do opisania. Uwierzcie mi NIE DO OPISANIA. Niczym się nie przejmowali, czy ktoś patrzy, co pomyśli, co powie, ktoś nakrzyczy. Oni byli wolni i są wolni od wszystkich rzeczy, które nas w takich chwilach paraliżują i nie pozwalają cieszyć się prawdziwą radością. Dlaczego? Bo zawsze o czymś myślimy. Zamiast zdjąć buty i zacząć tańczyć tak jak oni, analizujemy, wybiegamy w przyszłość, zadajemy pytania. Po co? To jest TA PRAWDZIWA CHWILA. Nie żadna inna. I ja nie chcę ich omijać, a przeżywać razem z nimi i tak jak oni. Uczyć się od nich.

Są takie osoby, na które spojrzysz i już wiesz, że mają TO COŚ  w sobie. Trudno to opisać, ale czujesz to. Ten błysk w oku. Po prostu wiesz. Nigdy nie zapomnę kolejnej, trwającej tym razem pare sekund, chwili z młodą dziewczyną z zespołem Downa. To było tylko spojrzenie i mały gest, ale pamiętam go do tej pory. Szłam wtedy z moją drugą połówką żywo dyskutując, bo z czymś się nie mogliśmy zgodzić. Byłam zdenerwowana i pełna złych emocji. Z naprzeciwka szła ONA i jej mama (tak się domyślam) bacznie nas obserwując, z wielkim uśmiechem na twarzy. Kiedy była tuż obok, nasze spojrzenia spotkały się, a ona w tym samym momencie zgięła swoje paluszki i ułożyła je w kształt serca, kierując je do nas. Jakby coś we mnie nagle krzyczało: „Tylko kochaj i nic więcej. To jest miłość.” Uwierzcie mi, moje złe emocje zniknęły, bo po co one mi były?

Jednak sytuacja, która odbiła na mnie wyjątkowe piętno i dzięki, której piszę ten felieton zdarzyła się niedawno, jednocześnie przypominając mi o sytuacjach z przeszłości. Wcześniej wspomniana włoska wspólnota Sant’egidio (felieton Brioche – zapraszam), która opiekuje się bezdomnymi na mediolańskich dworcach, dostarczyła mi kolejne niezwykłe wspomnienie. Późnym wieczorem, pomiędzy peronami, w trakcie podawania posiłków naszym podopiecznym, nagle rozległ się duży hałas, jakby krzyk. Nasze oczy, zarówno bezdomnych jak i członków wspólnoty, skierowane były w jedną stronę. Pomiędzy peronami, po torach, biegał mężczyzna. Z odległości, sprawiał wrażenie pijanego. Jednak kiedy podszedł bliżej okazało się, że wszyscy byliśmy w błędzie. Był niepełnosprawny. Kiedy był tuż obok mnie, bardzo niespokojny, wymachiwał rękoma, mówiąc coś bardzo niewyraźnie. Wszyscy pozostali bezdomni, w imię integracji i solidarności, zaczęli podawać mu swoje jedzenie. Nikt, nigdy wcześniej go tam nie widział, więc opiekun naszej wspólnoty podszedł bliżej, aby z nim porozmawiać. I wiecie o czym on mówił? Ten niepełnosprawny bezdomny, w bardzo niezdarny sposób, chaotycznie, nie po kolei, „byle jak”, mówił o Jezusie. Tak po prostu. O niczym innym. Mam wrażenie, że w tamtym momencie nie jeden z nas był wzruszony. I właśnie wtedy zrozumiałam. Zrozumiałam to co Wam piszę. Oni już Go poznali. Oni już wiedzą. I wiecie co? On był tam z nami, ale widoczny tylko dla tych, którzy mu na to pozwolili.

Takich momentów doświadcza każdy z nas, trzeba tylko mieć oczy szeroko otwarte, uszy chętne do słuchania i nasz ORGAN MYŚLENIA w gotowości. Na miejscach parkingowych dla osób niepełnosprawnych można spotkać komunikat: „Zabrałeś mi miejsce, a chcesz wziąć też moje kalectwo?”. Ja odpowiadam: Chciałabym Twoje Serce…

Twoja M.

PS. Zapraszam Was do czytania pozostałych treści. Jeśli masz do mnie jakieś pytania, pisz śmiało. Czekam z niecierpliwością. JESTEM DLA CIEBIE, A TY DLA MNIE. Nie wstydź się 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *