Po co chodzę do Kościoła?


Dusza, Felietony DUSZA / niedziela, Lipiec 23rd, 2017

Coraz częściej można spotkać ludzi, którzy nie chcą chodzić do Kościoła, uważając, że Bóg jest wszędzie wokół nich: w powietrzu, świetle, pożywieniu, deszczu, drugim człowieku. Wtedy najczęstsze pytanie brzmi:

Po co wogóle tam chodzić, skoro On jest tuż obok?

Po co mam iść do zatłoczonego miejsca gdzie modli się jednocześnie kilkadziesiąt ludzi, obserwując siebie wzajemnie. Przecież trudno o skupienie i prawdziwe oddanie. Ci sami ludzie mówią również, że wolą modlić się w domu, bo tam jest większy spokój i cisza. Ci sami – nie znaczy gorsi 🙂 Do tego mogą się modlić kiedy chcą i jak chcą, a nie o konkretnej godzinie jak narzuca to rozkład Mszy Świętych. Powodów, żeby nie chodzić do Kościoła jest mnóstwo, ale po co wogóle się ich doszukiwać?

Przede wszystkim, aby było przyjemniej zmieńmy nazewnictwo. Tak jak w felietonie „Pieniądze posługiwaliśmy się słowem „Pieniążki”, tak samo zróbmy teraz. Słowo „Kościół” brzmi dla mnie bardzo poważnie, za poważnie. Słowo „Kościółek” natomiast brzmi dla mnie jak dom i choć to infantylne mi się bardzo podoba 🙂

Chciałabym się z Wami podzielić oderwanymi od siebie magicznymi zdarzeniami, które są dla mnie motywacją w chwilach zwątpienia. To one utwierdzają mnie w przekonaniu, że w Kośćiółku dzieje się coś bardzo dobrego, coś co trudno opisać słowami. Tam dzieje się prawdziwa magia…

Uścisk dłoni

Zaczniemy od czegoś co na pierwszy rzut oka może wydawać się bardzo prozaiczne. To zdarzenie miało miejsce podczas Mszy Świętej w środku tygodnia. Wybrałam się tam przed pracą, aby nabrać energii i siły na cały dzień. Jest to dla mnie ogromnie ważne i jak tylko znajdę wolną chwilę to chętnie tak rozpoczynam nowy dzień. Nie narzucając, polecam każdemu.

Za każdym razem o poranku widuje w Kościółku te same osoby. Nie jest ich wiele. Około 15nastu, maksymalnie 20stu. Każdy przychodzi w innym celu: z prośbą o błogosławieństwo, przed podjęciem ważnej decyzji, w konkretnej intencji i wiele wiele innych. Wszyscy, którzy znajdowali się wtedy w Kościółku, byli skumulowani raczej w jego centrum. Jednak Pani, której dotyczy zdarzenie, klęczała przez całą Mszę Świętą po prawej stronie, trzymając w ręku różaniec.

Przykuła mój wzrok jak tylko weszłam. Sprawiała wrażenie osoby bardzo skupionej i pochłoniętej modlitwą. Nie widziała nikogo wokół, a już na pewno nic co mogło zaburzyć jej spokój. Była tak oddana tej chwili, że pochłonęła tym i mnie. Nie mogąc oderwać od niej wzroku przez całą Mszę Świętą, popełniłam jeden duży błąd. Z góry założyłam, że Pani jest na tyle skupiona, że nie będzie w stanie podzielić się uśmiechem, czy podać rękę. Nierzadko spotyka się osoby, które postępują właśnie w ten sposób, dlatego nie oczekiwałam wyjątku.

Jak duże było moje zaskoczenie, kiedy w momencie przekazania sobie znaku pokoju zobaczyłam największy uśmiech z możliwych. Ta Pani, oddalona o kilkanaście kroków, nie dosyć, że podeszła do mnie i pozostałych, to w niezwykły sposoób zrobiła coś tak zwykłego, czym jest podanie ręki. Ta Pani pragnęła przekazać mi swój pokój serca. Czułam to. Ona nie chciała udawać, nie było w niej nic fałszywego. Jej uścisk, w połączeniu z magicznym uśmiechem mówił więcej o miłości do drugiego człowieka niż niejedna książka.

Ta Pani zupełnie nieświadomie zasiała we mnie ziarenko miłości, które pragnę przekazywać dalej…

Dreszcz

Drugie zdarzenie miało miejsce również podczas Mszy Świętej w środku tygodnia i muszę przyznać, że ma dla mnie większe znaczenie. Było to całkiem niedawno, ponieważ około 3 tygodni temu w piątek. Jednak przez to, że pamiętam to zdarzenie z dnia na dzień coraz mniej wyraźnie, czuję jakby miało miejsce 3 miesiące temu.

Pragnę to pamiętać do końca życia i dzielić się tym z innymi. Pragnę podzielić się z Wami, więc proszę posłuchajcie.

Wybrałam się na tą Mszę w intencji szczególnego błogosławieństwa dla mnie i moich bliskich, co odgrywa znaczącą rolę w tej historii. Pragnęłam ich dobra i relacji pełnej miłości między nimi, a mną. Przez cały przebieg Mszy Świętej walczyłam o prawdziwie skupienie i miałam w sercu ogromną chęć pokoju i miłosierdzia. Pragnęłam w sobie miłości dla nich, pokory i zrozumienia. Chciałam prawdziwego błogosławieństwa w każdym swoim czynie, geście, oddechu, uśmiechu i podaniu ręki. Pragnęłam być prawdziwa.

Kiedy zbliżał się koniec Mszy Świętej stało się coś niezwykłego. W momencie udzielania błogosławieństwa zatrzymał się czas. Tak! Dokładnie, dla mnie zatrzymał się czas. Trwało to jakieś pare, może parenaście sekund. Ksiądz „rysując” znak krzyża zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, co czynią w tym momencie jego ręce, z moim ciałem i duszą. Podziwiałam to w bardzo zwolnionym tempie… czas stanął w miejscu, a ja razem z nim. Emocje, które mi wtedy towarzyszyły trudno opisać. Strasznie się wzruszyłam. Łzy same cisnęły się do oczu, a na twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Ni stąd ni zowąd czułam ogromny przypływ sama nie wiem czego, ale jestem pewna, że to był On i wysłuchał moich modlitw. Od góry do dołu przeszedł mnie dreszcz, łzy leciały po policzkach, a ja nie mogłam przestać się uśmiechać. Działo się coś niezwykłego, coś niewidocznego dla oczu, ale widoczne dla duszy.

Muszę jeszcze dodać, że zarówno pierwsze zdarzenie, jak i drugie miało miejsce podczas Mszy Świętej w nieznanym dla mnie języku. Jak widać, nie zawsze trzeba wszystko rozumieć, aby poczuć „magię”… 🙂

Chciałabym przekazać Wam to najlepiej jak potrafię, abyście poczuli to co ja, nawet przez ułamek sekundy. Mam tylko nadzieję, że chociaż część z Was otworzy swoje serce na Kościółek, wiarę, czy Mszę Swiętą, bo to co opisuje nie jest wymyślone. To się stało naprawdę. Nie jest to mniej realne od tego, że teraz czytasz ten felieton. To jest fakt.


Zdarzeń mniej lub bardziej magicznych mam jeszcze trochę w zanadrzu i tak samo chciałabym się nimi z Wami podzielić. Jest to pierwszy tekst, w którym ujawniam tego typu osobiste historie i nie robię tego bezcelowo. Pragnę, aby ludzie nie chodzili do Kościółka, bo wypada, bo jest niedziela, bo muszę, bo ktoś idzie. Pragnę, abyśmy chodzili do Kościółka z wiarą, że takie sytuacje mogą się przydarzyć i mi. Z wiarą (posłużę się cytatem z „Małego Księcia”)  że to, co „najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Dobrze widzi się tylko sercem”. Pragnę, aby Kościółek kojarzył nam się z domem, a nie pustką. Domem, w którym znajdziesz pokój mimo wszystkiego co dzieje się wokół niego. Ja tylko pragnę, nie żądam.

Po co chodzę do Kościółka?

Bo zaznałam tam takich emocji, jak nigdzie indziej.

M.

One Reply to “Po co chodzę do Kościoła?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *